Autor Wątek: Barbara, św.: Za starosty Marcyana  (Przeczytany 3458 razy)

knrdsk1

  • Główny Moderator
  • Przodownik pracy
  • *****
  • Wiadomości: 2 833
    • Zobacz profil
    • SŚT
    • Email
Barbara, św.: Za starosty Marcyana
« dnia: 23-07-2007, 09:54:12 »
Wg Śpiewnika Pelplińskiego (z niewielką pomocą tekstu z: "Karnawał dziadowski - pieśni wędrownych śpiewaków (XIX-XX w.)" Wybór i opracowanie Stanisława Nyrkowskiego. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1977 r., gdyż te strony mojego xera Pelplińskiego są częściowo nieczytelne)

Za starosty Marcyana,
Cesarza Maksymiliana
Zrodził Dioskoros córę,
Nadobną Pannę Barbarę.

A ten mieszkał w Nikomedzkiém
Mieście, pod cesarzem Rzymskim,
Nie znał Boga prawdziwego,
Bo był rodu pogańskiego.

Wychowawszy swoje córę,
Nadobną Pannę Barbarę,
Umyślił ją szlachetnemu
Mężowi dać bogatemu.

Ta zamęścia odmówiła,
W panieństwie żyć poślubiła,
Prosiła ojca swojego,
By mieszkała w domu jego.

To słysząc ojciec smutliwy,
W myślach swoich frasobliwy,
Każe córce w wierzy mieszkać,
Kiedy się nie chciała wydać.

W tej wierzy dał wymalować,
Bogi swoje wyrysować,
Słońce, miesiąc z planetami,
Rozmaitemi gwiazdami.

Od tych oczy odwracała,
Ku niebu okiem patrzała,
Jako ten świat oświecają,
Jasnością swą napełniają.

Myśli, kto ten świat sposobił,
I gwiazdami przyozdobił,
Kto nim rządzi i sprawuje
I kto nad niemi panuje.

W tém się jéj Anioł pokazał
I o Bogu z nią rozmawiał,
O Jezusie Zbawicielu,
O Duchu Nauczycielu.

O Trójcy Świętéj oświecał,
I nad wszystko jéj zalecał,
Żeby w Trójcę uwierzyła,
W téj wierze duszę zbawiła.

Z tego się rozweseliła,
Prawdzie Bożéj uwierzyła,
W téj wierze żyć umyśliła,
Mocno w niéj się utwierdziła.

Przy téj wierzy dał zmurować
Ojciec Barbary zbudować
Dom dla swego pomieszkania,
Dla córki dozorowania.

Kazał w nim dwa okna zrobić
I kosztownie przyozdobić,
Potém po swojéj potrzebie
Odjechał w krainę sobie.

Panna z wierzy wystąpiła,
Ten budynek nawiedziła;
Każe okno trzecie zrobić,
Chcąc to przed ojcem wymówić.

Powrócił ojciec do domu
Widzi okno trzecie k'niemu;
Pyta się ojciec, dla czego,
Co jest za przyczyna tego.

Mówią: że twa córka miła
Tak nam to rozporządziła,
Że trzy okna zrobić dała,
Wymówić nas obiecała.

Córka ojcu powiedziała,
Na coby trzy okna chciała;
Mówi, żeby od téj doby
Wyrażały trzy Osoby:

Ojca, Syna, Ducha Świętego,
Boga w trójcy jedynego;
Z chrześciańskim ludem tego
Wyznawam Boga prawego.

Słysząc ojciec to wyznanie,
Rozgniewał się bardzo na nie;
Że swe bogi pogardziła,
A w Jezusa uwierzyła.

Łaje ojciec córce swojéj,
Nie chce ją mieć w łasce swojéj,
Grozi, że ją chce zatracić
i okrutną śmiercią zgładzić.

Barbara się w tém strapiła,
Ojca gniewu ustąpiła,
Z jego domu wybieżała
I w górny kraj się udała.

Blisko będąc dościgniona,
Udała się do modlenia;
W tém się góra rozstąpiła,
Barbara do niéj wstąpiła.

Ojciec za nią bez mieszkania
Bieży dla jéj poimania,
Nie wiedząc, gdzie się podziała,
Jakoby się przepaść miała.

W wszystkie strony popatruje,
Aż pasterzy dwóch znajduje;
Mówi do nich: Jeźli wiecie,
Gdzie się podziała, powiedzcie.

Jeden się nad nią zmiłował,
Życie Barbarze darował;
Powiedział, że jéj nie widział,
Że na nią baczenia nie dał.

Drugi pasterz, co ją zdradził,
Jakoby ją sam zagładził,
Palcem na górę pokazał,
Złości swéj na niéj dokazał.

Tego Pan Bóg zaraz skarał,
Jego zdradzie nie folgował,
Owce mu się potraciły,
W inszy stan się obróciły.

Ojciec na miejsce przyszedłszy,
Gdzie się schronienie znalazłszy,
Nie pamiętał o jéj krasy
I porwał ją za jéj włosy.

Rwał i włóczył bez litości,
Zapomniał swojéj miłości,
Wlókł ją do domu swojego,
Nie mając żalu żadnego.

Staroście córkę w moc podał,
Sam na nię skargę pokładał:
Nasze bogi opuściła,
A w Jezusa uwierzyła.

Starosta słysząc tę powieść,
Każe ją do siebie przywieść;
Kazał, żeby bogi czciła,
A Jezusa opuściła.

Lecz Panna błogosławiona,
W wierze swojej utwierdzona,
Mówi: Jakże ja mam chwalić
Bogi wasze, które są nic?

Ci nie widzą ani słyszą,
Ani się z  miejsca nie ruszą,
Nie mogą od złego zbawić,
Ani od śmierci wybawić.

Rozgniewałci się Marcyan
Starosta, okrutny tyran,
Kazał ją smagać miotłami
I bydlęcymi żyłami.

Gdy się nad nią spracowali,
Tak, że sami ustawali,
Przestali biczować ciało
Które całości nie miało.

Będąc w tych mękach zemdlona,
Do więzienia jest wrzucona,
Żeby się snać rozmyśliła,
A Jezusa opuściła.

Lecz gdy o północy światło
Wielkie się wtenczas znalazło,
Które Pannę otoczyło
I wdzięcznie ją oświeciło,

Jezus wstąpił do ciemnice,
Pozdrowił Oblubienicę,
Ciesząc ją w mękach, boleści
I utrapieniu, żałości.

Zawsze ja przytomny tobie,
Przyjdę, nie opuszczę ciebie;
Teraz będziesz pocieszona
I ze wszech ran uzdrowiona.

Wyznaj mnie przed tyranami,
Memi nieprzyjaciołami,
A choć cię tu śmierć nie minie,
Tobie żywot nie zaginie.

Będziesz mieszkać ze mną w niebie,
Koronę chowam dla ciebie,
Wezmę cię do wiecznéj chwały,
Kędy ja mieszkam z Anioły.

Gdy się ciemna noc skończyła,
Aby osądzoną była,
Rozkazano ją postawić,
Pannie umysł swój objawić.

A widząc ją uzdrowioną,
Z ran, boleści uleczoną,
Wszyscy się nad nią zdumieli
Nie wiedząc, co myśleć mieli.

Mówi tyran: bogom naszym
Daj chwałę za każdym czasem,
Co cię, Panno, uzdrowili,
Twéj młodości użalili.

Barbara mu powiedziała:
Twym bogom nie będzie chwała,
Żadna im cześć nie posłuży,
Bo są ślepi, niemi, głusi.

Bo mnie ci nie uzdrowili,
Z ran, razów nie uleczyli,
Ale Jezus me kochanie,
Którym ty gardzisz, tyranie.

Tenci Jezus mnie uleczył,
Który za mnie umrzeć raczył,
Temu cześć, chwała należy,
Ten jest prawdziwy Syn Boży.

Przeto dla jego miłości
I dla niebieskiéj radości
Dam me ciało na trapienie,
Na śmierć i na umęczenia.

Na to się tyran rozgniewał,
Jéj urodzie nie folgował,
Po bokach i pod pachami
Kazał palić pochodniami.

Panna westchnęła do nieba,
Wzywa Jezusa jak trzeba,
Jemu się w ręce oddaje,
Oblubieńcem swym wyznaje.

Słysząc złośliwy Marcyan,
Gniewał się okrutny tyran,
Kazał piersi nożem  rzezać
I kleszczami je obtargać.

Rzekła mu: Nielitościwy
Tyranie bardzo złośliwy,
Nie pamiętasz, żeś pożywał
Piersi, gdyś małym przebywał?

Potém Panna zapłakała,
Do Jezusa zawołała:
Proszę, przyjmij duszę moję,
Weźmij ją w opiekę Swoję.

Jeszcze tyran na zniewagę,
Na większą téj Pannie trwogę
Kazał się z nagiéj naśmiewać,
Więcéj sromoty dodawać.

Barbara, Panna wstydliwa,
Prosi Jezusa rzewliwa:
Panie zakryj nagość moję,
Przez świętą niewinność Twoję.

Zaraz Bóg Anioła Swego
Zesłał z nieba wysokiego,
Który szatą przeozdobną
Osłonił Pannę nadobną.

To widząc drudzy poganie
Wzięli sobie w rozmyślanie,
Że ten tylko Bóg prawdziwy,
Który czyni takie dziwy.

Tyran rozkazał Barbarę
Zawieść na wysoką górę,
By tam była umieszczona,
A już więcéj nie męczona.

Tam gdy była przywiedziona,
Na poły martwą wniesiona,
Panu Bogu się modliła,
Za chrześcianów prosiła.

Którzyby ją wspominali,
Na jéj mękę pamiętali,
Szczęśliwą śmierć otrzymają
I w niebie ją oglądają.

Skoro modlitwę skończyła,
Duszę Bogu poleciła,
Mieczem ojca ściętą była,
Jéj dusza w niebo wstąpiła.

Ojciec, co ją zamordował
Gdy z téj góry zastępował,
Ogniem z nieba był spalony,
W proch i popiół obrócony;

Aby każdy wiedział pogan,
Że będzie od Boga karan
Ogniem wiecznym, gdy nie wierzy,
Świętych nie chowa przymierzy.

Przeto z téj świętéj Barbary
Bierzmy sobie święte wzory,
A w życiu ją naśladujmy,
Chrystusa Pana miłujmy.

Ten nas od złego wybawi,
Przy śmierci pobłogosławi,
Przyjmie nas do wiecznéj chwały,
Gdzie mieszka z swemi Anioły.

Racz nam to dać, Jezu Chryste,
Że się to spełni zaiste,
Byśmy z Tobą w niebie byli,
Ciebie na wieki chwalili.     Amen.
« Ostatnia zmiana: 12-02-2009, 00:07:18 wysłana przez Rorantysta »